TURNIEJ DŹWIĘKO-SŁOWA
Natchnieni w roku 2010
I w tym roku również nie zabrakło Natchnionych Bieszczadem, którzy pod wpływem pozytywnych emocji udzielają się w dziedzinie nie łatwej. Wiersz nadesłany przez Monikę Kawulicz z Cisnej, zwycięscy turnieju w 2010r, na pewno jest tego oddźwiękiem. – Wielki pokłon dla p.Jadwigi Denisiuk z Pracowni Ikon w Cisnej która zafundowała nagrodę za 1 miejsce -. Pani Monika K. nie jest jednak jedyną odsłoną sztuki po przez którą uzmysławiamy sobie jak ważnym elementem w codziennym życiu jest wypowiadane przez nas „słowo”. Natalia Kohyt również przekazuje swe Natchnienie wierszem.
Anioły odfrunęły
Anioły odfrunęły
Została po nich garstka rozsypanych piór.
Bieszczadzkie anioły
Nie wrócą już do gór.
Nawet świt nie widział
Kiedy wyciągnęły
Skrzydła z plecaka
I odfrunęły.
Uciekły do nieba
I grają w zielone
Lecz wciąż w głowie mają
Zapach łąki skoszonej.
Z góry lepiej widzą
Swe sady kochane
A zwłaszcza łąki górskie
Połoninami zwane.
Nie ma już aniołów
Nikt nie śpi w kapliczkach
Zostały tylko łzy
Co płyną po policzkach
-Monika Kawulicz
„Zachory”
Zazdroszczę ludziom lasu .
Oni mają dużo czasu.
Magia, czary są na co dzień.
Smutek jest na spodzie,
Wszystko wkoło ma to coś ,
Nie zniszczy je ktoś.
Ktoś słaby szans nie ma
Bo przyroda się gniewa.
Wiatr spadnie z drzewa
I radość nam pozabiera,
Ale są też zwierzęta.
Ich się nie da niepamiętać,
Radość wkoło jest wesoło .
Rzeka płynie,
Jest w dolinie .
Nikt się nie nudzi,
Przyrody nie brudzi .
Wszystko ma swój koniec,
Czeka na nas życia goniec
„Złoto, Srebro”
Piękno w Bieszczadach nie zna granic.
Tutaj ludzie z ciemnicy,
Zaznają spokój nie jak na ulicy.
Spokój dobra magia.
Takie dziwne wrażenie sprawia.
Rzeka srebro swe odsłania.
Słońce złotem się kłania.
Ja tu jeszcze przyjadę.
Dla Bieszczad przyjadę
Wszystko ma magie
I zatrzymuje życia manie
Tu jest na przyrody czekanie
I wiatru granie.
-Natalia Kohyt
Natchnieni w roku 2009
Zostań tu jeszcze,
Zostań jeszcze szum lasu
tak niewiele jest czasu.
W Bieszczadach optymizm rośnie
przyglądam się sośnie.
Zauroczona lasem jestem Bieszczadzkim tym gęstym.
Wącham kwiaty kolorowe,
które nazywam sezonowe,
oglądam kukułkę, słowika
I wiewiórkę co fika.
Z drzewa obejrzeć chcę
spadające gwiazdy sosnowe
Tu wszystko dla mnie jest nowe
Gwiazdami tymi szyszki są
zdobiąc las bieszczadzki duży
czuję się mała, jakby kropla w kałuży.
marząc, że zobaczę tyle chronionych kwiatów
Na łące małych światów,
rosnących rządkiem jednym po drugim.
Śmieję się do siebie, że mają długi,
Długi wobec przyrody.
Lecz giną podczas deszczowej pogody,
ludzie wyrywają je jak chwasty
Świat jest dla nich za ciasny
PRAWDA
Jeśli szukasz prawdy
- stań u stóp Korbanii,
pokłoń się nisko
i idź…
Podążaj szlakiem
jak przez własne życie,
choć droga znika czasem
- pokonaj bezdroża,
przez buchające zielonością gąszcze
przez kolce słodkich malin
i parzące pokrzywy
brnąc w błocie
wciąż wyżej i wyżej…
Nie! Nie odwracaj się za siebie
- i tak nic nie zobaczysz,
posłuchaj tylko serca
i wiatru,
on wskaże ci drogę
A kiedy już staniesz na szczycie
utrudzony i brudny
z pęcherzami na nogach
spragniony Wody Życia
- ucałuje Cię Anioł.
A Ty
- zobaczysz…
zrozumiesz…
odnajdziesz…
I nie czekaj na rozgrzeszenie
bo go nie usłyszysz,
ale idź
a będziesz lepszy.
Królowa Krywego
Włosy wiatrem czesane,
i ogorzałe od słońca policzki,
spracowane dłonie,
a na nogach gumiaki…
I jakaś taka szorstka,
nieromantyczna,
bez gitary
i wierszy nie pisze:
że Bieszczady…
że kocha…
że anioły…
I nie fruwają nad nią motyle.
Ona – bywa – zaklnie!
Wilki zjadły kozy,
pokos na Rylim się nie udał,
a strumień wysycha.
W wędzarni dojrzewa ser.
Kompot z tarniny czeka w życzliwym cieniu.
I tak od 30 lat.
Przyjechała w sukience.
Na koniu.
Została,
otulona jedynie płaszczem mgieł…
I to harde spojrzenie,
bez cienia skargi
A w oczach na pozór twardych
- płomień
miłości bezwarunkowej
do tej ziemi
I łagodność niewypowiedziana…
Nie, Ona nie walczy…
On słucha bicia serca tej doliny.
Oto Tosia. Antonina.
Prawdziwa Królowa Krywego.
Ta nasza miłość
Jakże łatwo mi kochać Ciebie,
gdy w słońcu wplatasz w warkocze
błękitne wstążki Solinki
i diadem z Łopiennika…
Gdy tańczysz w kwiecistej sukience
i taka jesteś uśmiechnięta…
Malowana jak cudne obrazki
Jakże trudno mi kochać Ciebie,
patrząc na Twe pochmurne oblicze,
gdy niebo wciąż płacze nad Tobą…
A Ty otulona mgłami milczysz
i bronisz się przede mną,
skrywając swe tajemnice
Nieufna jak zraniona sarna
Jakże łatwo mi kochać Ciebie,
gdy wzruszasz mnie i zachwycasz,
uduchowiona unosisz
wysoko nad ołtarze połonin,
i tańczysz z aniołami
płynąc na białym obłoku
Radosna jak dziecko
Jakże trudno mi kochać Ciebie,
gdy szukam Cię po bezdrożach,
a kamienie ranią mi stopy, i duszę,
gdy pojąć Cie nie potrafię,
ogarnąć, zrozumieć, posiąść,
gdy dajesz mi tylko tyle, ile sama chcesz
Niedostępna jak twierdza
I choćbym krzyczał, i wołał
za nic masz moje starania…
Taka ta nasza miłość,
piękna, choć pogmatwana…
„Dziewczyno moja”
Prosta na niej sukienka
z lipy złotej od miodu
i czerwone korale
z róży i dzikiego głogu…
Usta – słodkie maliny,
skóra wiatrem smagana,
muśnięta rosą i deszczem,
słońcem ucałowana…
Ramiona chusta otula
z mgieł i babiego lata,
a włosy pachnące ziołami
anioł w warkocze zaplata…
To Ona…To ona jedna!
Chcę trzymać ją zawsze w ramionach
Chcę krzyczeć głośno Jej imię!
Łopienka! Dziewczyno moja!
„Gdziekolwiek jesteś…”
Gdziekolwiek jesteś mój Aniele
to tylko tutaj, w tej dolinie
gdzie, wśród błogosławionej ciszy
serce tej ziemi głośno bije…
Gdzie dzień nieśpiesznie rankiem wstaje,
skąpany w rosie, w złotym brzasku
niczym królowa najpiękniejsza
choć bez korony, bez poklasku.
Gdzie ziołem pachnie, rumiankami
dojrzałe jabłka zrywam z drzewa,
a ziemia – święta i nieświęta
śpi otulona płaszczem nieba…
Gdzie w maliniaku nad potokiem
schodzą się wszystkie cuda świata
te, niezmierzone żadną miarą
te, których nie zna żadna mapa..
I słyszę nagle – dzwon rozbrzmiewa,
w ciszy uśpione domy budzi,
i widzę znowu tamtą cerkiew,
i widzę znowu tamtych ludzi…
A po dolinie wiatr roznosi
zapach koszonej świeżo łąki,
i zapach pieczonego chleba,
I „Pomyłuj…” – cichością gromki…
Gdziekolwiek jesteś, mój Aniele
okryj skrzydłami tę dolinę
ucałuj proszę, mą Łopienkę
niech ona trwa, niech ona żyje…
Wiem, że tu jesteś…
„Bieszczadzka ziemio najmilsza…”
Mówią, że jesteś wyniosła,
dzika i nieodgadniona,
Bieszczadzka Ziemio najmilsza…
a ja mówię, żeś Ty moja…
Moja od dolin po szczyty,
choć pięknie mówić nie umiem
Bieszczadzka Ziemio najmilsza…
Ja kocham Cię. Ja Cię rozumiem.
Ja słyszę Cię, ja Ciebie czuję
sercem i pod stopami,
Bieszczadzka Ziemio najmilsza,
pachnąca połoninami…
Ty jesteś wszystkim, co kocham
mym przyjacielem, i domem
Bieszczadzka Ziemio najmilsza
Ty jesteś moim Aniołem…
Kto spojrzał choć raz w Twoje oczy,
kto Twoje usłyszał wołanie
Bieszczadzka Ziemio najmilsza
na zawsze Ci wierny zostanie…
My
My, natchnieni Bieszczadami
opętani przez Dusioły,
przesiąknięci retortami,
ukochani przez Anioły…
My – szaleńcy, my – dziwacy,
romantycy z wiatrem w włosach,
my z kielonkiem za pazuchą,
z zacnym sercem, choć bez grosza…
My – tańczący o poranku
w koszulinie z mgieł utkanej
my – wielbiący o zachodzie
połoniny w snach skąpane…
My – codzienni, tak zwyczajni
My – wątpiący, my – wierzący,
powsimordy i włóczęgi,
twardzi, czule kochający…
My – smagani słońcem, deszczem,
My – wolnością upojeni,
przygarbieni własnym cieniem…
My – natchnieni…


