English
Ukraiski
Slowacki

Sprawozdanie z 2-giej edycji Festiwalu Natchnieni Bieszczadem

- Drugi Festiwal „ Natchnieni Bieszczadem” uważam za zakończony i zapraszam na trzecią edycję  za rok!  – takimi słowami  Ryszard „Bury” Denisiuk pożegnał o północy z soboty na niedzielę gości naszego festiwalu. Aby jednak dotrzeć do tego momentu, winni jesteśmy cofnąć się nieco w czasie, i zdać relację z drugiej już i zapewne nie ostatniej edycji festiwalu „Natchnieni Bieszczadem”, a wiele jest do opowiedzenia.


Jako organizatorzy, pomimo doświadczenia wyniesionego z wcześniejszego roku, nie uniknęliśmy nerwów i nieprzespanych nocy. Sen z powiek spędzała nam bieszczadzka kapryśna aura. Deszcz padający niemalże przez cały tydzień wraz z gęstym dywanem chmur leżakujący pomiędzy Łopiennikiem , Honem i Jasłem, nie dodawał otuchy. Jak jednak stwierdziła nasza znawczyni, Bieszczadzkie Anioły, a wraz z nimi i osmolone od dymu ogniska Biesy i Czady będą mieć nas w swojej opiece i po raz kolejny nie pomyliła się. Wieczorne energiczne zaklinanie pogody, którego najczęstszą konsekwencją dnia następnego był ból głowy i ogólne zmęczenie dało niespodziewane rezultaty. Już od czwartku pogoda, nadal grożąca deszczem i pluchą, zdobyła się na odrobinę dobrej woli i wreszcie mogliśmy zdjąć z siebie przeciw deszczowy ekwipunek. Pomni na niestałość bieszczadzkiej aury ze zdwojoną siłą odprawialiśmy wieczorne rytuały odpędzania deszczu, przy okazji susząc przemoczone buty przy ognisku.

W piątek wszyscy razem i każdy z osobna mogliśmy odetchnąć z ulgą – świt przywitał nas słońcem i błękitnym niebem. Nadrabiając czas stracony w czasie deszczowych dni, pracowaliśmy z zacięciem przekraczając wszelkie normy, plany i kalkulacje. W tym miejscu nie pozostaje nic innego jak podziękować tym którzy swoim poświęceniem i ciężką pracą zadali kłam socjalistycznym, kapitalistycznym i kolektywistycznym definicjom pracy, pojęcie to windując na poziomy nieosiągalne dla zwykłych śmiertelników. Dzięki staraniom ludzi, także tych anonimowych, acz równie zaangażowanych, w piątek późnym wieczorem mogliśmy ze spokojem stwierdzić, że wszystko co mogliśmy zrobić, aby przygotować nasz festiwal zostało dokonane.

Po ciężkiej pracy, musi przyjść czas na odpoczynek. Takim czasem było spotkanie z  Andrzejem Szęszołem i Andrzejem Ciachem, które odbyło się w piątek w karczmie „Łemkowynie”.

Kameralność to jedno z oblicz Bieszczadów, jednak na ten jeden dzień  w roku odchodzi się od ogniska i spokojnych śpiewów przy akompaniamencie gitary i spotykamy się pod sceną naszego festiwalu. Będąc pomni na fakt, że ludzka natura nie przepada za nagłymi zmianami, postanowiliśmy przynajmniej na ile to było możliwe złagodzić przejście od kameralności w festiwalową przestrzeń.


Na terenie agroturystyki „TRAMP” pod wiatą na ognisko Gulek znawca i użytkownik egzotycznych instrumentów z całego świata prowadził warsztaty gry na aborygeńskim instrumencie Didgeridoo (czyt. Didżuridżu). Jednocześnie na teren festiwalu w najbliższą okolicę ciśniańskiego „Orlika” przybyli eskortowani przez policję motocykliści. Uczestnicy zlotu motocyklowego w Dołżycy wygospodarowali dla nas ponad sto jednośladów (choć zdarzały się wyjątkowe przypadki dwuśladowych maszyn o niezidentyfikowanej przynależności). „Pirates of Roads” z Rzeszowa nie tylko zjawili się na przegląd motocyklowy od WSK-i do Hondy, lecz przy okazji zorganizowali wewnętrzne zawody „palenia gumy” i wolnej jazdy.  W tym miejscu dziękujemy Sfinksowi za pozostawienie na asfalcie sporej części swojego ogumienia.


Po takiej dawce wrażeń nadszedł czas na złapanie oddechu. Pierwsi przybyli goście mogli w oczekiwaniu na oficjalne otwarcie festiwalu odwiedzić stoiska handlowe, napić się zimnego piwa i posilić się, aby mieć siły na cały dzień niezapomniany wrażeń o czym przypominał jak zawsze nasz wodzirej „Bury” Denisiuk.  Jak wielu naszych gości zwróciło uwagę, okres strojenia się zespołów nie był okresem straconym. Już w czasie przygotowań do koncertów można było zapoznać się ze sporą dawką dobrej  i różnorodnej muzyki .


Gdy już wszyscy byli gotowi, nadszedł czas na oficjalne rozpoczęcie naszego festiwalu. W tym roku Ryszard „Bury” Denisiuk osamotniony musiał sam unieść ciężar prowadzenia imprezy, co jak wychwycili czujni obserwatorzy, wyszło mu jak zawsze dobrze, choć oczywiście nie bez potknięć, na co wskazali nasi pierwsi wykonawcy- zespół Łopienka, który  rzecz oczywista nie jest chórem.


Pogoda długo nie dała nam o sobie zapomnieć i chwilowy drobnym deszczem przypomniała nam, że jedynie z jej przyzwolenia świeci słońce, za co w tym miejscu bardzo jej dziękujemy i prosimy o adres, gdyż jako organizatorzy chcielibyśmy wysłać jej listowne podziękowania wraz z załącznikiem – płytą ze zdjęciami z festiwalu.

Po dawce folkowego śpiewu wprost z naszego regionu nadszedł czas na prawdziwego męskiego bluesa, który jak okazało się z regionem Bieszczadów miał więcej wspólnego, niż początkowo można było się spodziewać. Projekt Arka Zawilińskiego i Na Drodze „Blus dziewięciu” okazał się liryczną szorstko opowieścią o bieszczadzkich zakapiorach w konwencji „pijanego dzikiego zachodu”. Zespół zaprezentował dziewięć utworów, zapowiadanych przez Rafała Dominika autora tekstów, w których dziewięć już legendarnych postaci bieszczadu spotykało się  w surowej metaforycznej konwencji z twardym życiem i nieuniknioną śmiercią.


Po takiej dawce męskiej poezji i męskiego twardego nostalgicznego brzmienia nadszedł czas na pierwiastek poezji wysublimowanej w innych rejestrach estetyki. Pierwszym jej etapem było rozstrzygnięcie konkursu „Dźwiękosłowa”, który wygrała młoda miejscowa poetka Monika Kawulicz. Wręczenie pamiątkowej ikony Chrystusa Pantokratora wykonanej przez Jadwigę Denisiuk dokonał Eryk Kurkowski przewodniczący jury konkursu „Dźwiękosłowa”. Po deklamacji wiersza przez autorkę (tekst wiersza na stronie internetowej), nastąpiła prezentacja poezji legendarnego już bieszczadnika Ryszarda Szocińskiego, któremu przy prezentacji swojej poezji akompaniował na gitarze jego przyjaciel – poeta,kompozytor Andrzej Baryła.


Jak doskonale jest to wiadome, Bieszczady to miejsce, w którym przenikają się i nakładają na siebie nie tylko liczne inkantacje kulturowe, lecz również, a może przede wszystkim, różne ludzkie rozwiązania. To właśnie ekumenizm Bieszczadów od lat przyciąga do siebie wielu tych o których później pisze się blusa. Ten atrybut naszych gór znów dał o sobie znać, widać to na przykładzie kolejnego zespołu, jaki zaprezentował się na nasze festiwalowej scenie. Jak przyznali sami członkowie Plateau, Bieszczady stają się ich miejscem, czego udokumentowaniem może być fakt, że materiał na nową płytę nagrali w pobliskim Majdanie. Tym razem Plateau postanowił zaprezentować po raz pierwszy szerszej publiczności nowe aranżacje utworów Marka Grechuty. Jak bywa w takich przypadkach – nowe interpretacje znanych i kochanych, a szczególnie tak wybitnych dzieł wzbudza wiele mieszanych emocji. Szczególnie wiele emocji wzbudzał fakt, że zespół Plateau znany jest z mocniejszego rockowego brzmienia, które miało zostać skonfrontowane z poezją Grechuty. Jak się okazało, energetyczne brzmienie oparte na gitarowych riffach i mocnej perkusji nie zawiodło. O gustach się nie dyskutuje, lecz należy przyznać, że Grechuta w wykonaniu Plateau brzmiał bardzo dobrze, a opinie tak występie zespołu jak o podejściu do twórczości pana Marka były pozytywne.


Po koncercie Plateau wójt Gminy Cisna Renata Szczepańska wręczyła sponsorom pamiątkowe rzeźby z festiwalu wykonane przez poetę i rzeźbiarza Andrzeja Ciacha.


Aby widzów przygotować do zbliżającego się koncertu, prezentacji swojej poezji już w przekrojowym spektrum dokonała nasza laureatka Monika Kawulicz. Młoda twórczyni zachwyciła swoją postawą nie tylko laików, lecz również tych, którzy przez lata  zaprawieni zostali w poetyckich bojach. Szczerze dopingujemy młodą poetkę i czekamy na kolejną prezentację swoich niemałych możliwości w przyszłym roku w konkursie „Dźwiękosłowa”.

Podtrzymaniem poetyckiej prezentacji pani Moniki był występ zespołu Andrzeja Szęszoła wykonującego poezje Andrzeja Ciacha. Autorskie teksty podpierane przez wirtuozyjną klasyczną gitarę  zmuszały do skupienia i uważnego słuchania. Wyrosłe na Bieszczadzkim gruncie znane i kochane brzmienie znów sprowadzało nas w pobliże ogniskowego ciepła, a poetyckie teksty pozwalały wędrować poprzez bieszczadzką noc . To ciepło członkowie grupy podtrzymywali również poza sceną, poprzez swoją aktywność,  zaangażowanie i bezinteresowność  w nasz festiwal za co im z całego serca dziękujemy.


Bieszczady to również miejsce niespodziewanych spotkań i zaskakujących zdarzeń. Pomimo wieloletnich przygotowań i oswajania się z naturą Bieszczadów po raz kolejny zostaliśmy zaskoczeni przez te buczynowe góry. Jeszcze nie wybrzmiały ostatnie dźwięku koncertu Andrzeja Szęszoła, gdy na scenie pojawił się niespodziewany, acz mile widziany gość. Już pierwsze słowa nie pozostawiały złudzeń kto znalazł się przy mikrofonie. Zachrypnięty głos Eugeniusza „Siczki” Olejarczyka wyśpiewujący „Moje Bieszczady” było wydarzeniem nie tylko dla młodych adeptów punk rockowej subkultury, lecz wycisnęła nie jedną łzę z tych, którzy już lata temu koszulki z napisem KSU schowali głęboko w szafie i wyciągali jedynie na specjalne okazje.


Jak już wspominaliśmy, Bieszczady to osoby, postaci, które zakorzeniły się w tych górach i już zawsze będą kojarzone z tym miejscem. Tak było z każdym z pamiętnych zakapiorów, tak jest z „Siczką” Olejarczykiem, tak również jest z postacią Krzysztofa Myszkowskiego, który równie niespodziewanie jak wokalista KSU zaszczycił nas swoją obecnością, za co mu dziękujemy (i przepraszamy za literówkę w nazwisku, zapraszając jednocześnie na przeprosinowe piwo!) .

Bieszczady zawsze kojarzyć będą się z poezją – czy będzie to poetyka „brudnego” blusa czy poezje Ryszarda Szocińskiego, czy wreszcie mocna i chrypliwa punkowa opowieść o Bieszczadach i wiecznym buncie – Bieszczady i poezja stały się synonimem. Poezja to również miłość i taka poezja na naszej scenie znalazła miejsce. Znani już z pierwszej edycji naszego festiwalu Agata Rymarowicz i Tadeusz Krok i zaprezentowali po raz kolejny wspaniałą melancholijną poezję o miłości i ludzkim losie. Wśród podnoszących się wieczornych mgieł mogliśmy być świadkami podróży do najgłębszych pokładów ludzkiej natury.


Bieszczady to również zabawa, często huczna i szalona jak kozacki taniec. Nie zapominając o ekumenicznym charakterze naszej imprezy i tym razem nie mogło zabraknąć formacji muzyków, która przypominać nam będzie, że Bieszczady to miejsce spotkania się trzech różnych narodów. „Berkut”  - zespół polsko-ukraińskich muzyków wkroczył na scenę już późną nocą. Zapowiedź ”Berkuta” jako zespołu wykonującego wysoce energetycznego folk rocka rozgrzała wszystkich, lecz również zaostrzyła apetyt. Jeżeli ktoś kiedyś miał wątpliwości, co do tego dlaczego kozaków nazywało się gorącogłowymi, po występie „Berkuta” nie miał już wątpliwości, że ukraiński ogień naprawdę jest w stanie topić najtwardszy lód. „Berkut” zaserwował nam kawał dobrej autorskiej ukraińskiej muzyki o poziomie energii bliskim reaktora atomowego. Genialny kontakt z widownią i mocne rockowe brzmienie poderwała na nogi wszystkich, również tych oglądających koncert z sektorów VIP-ów. Jakby tego było mało, chłopaki z „Berkuta” z rozbiegu po potrójnym bisie i gromkich oklaskach pojawili się w naszej najbliżej okolicy, gdzie z tak zwanego rozbiegu zaserwowali nam koncert na dwa głosy i akordeon. Z bólem serca musieliśmy im zezwolić na powrót do rodzinnego miasta, lecz liczymy na ich kolejne odwiedziny.


- Drugi Festiwal „ Natchnieni Bieszczadem” uważam za zakończony i zapraszam na trzecią edycję  za rok!  – takimi słowami  Ryszard „Bury” Denisiuk pożegnał o północy z soboty na niedzielę gości naszego festiwalu. My również uważamy, że nasz festiwal dobiegł końca i my również zapraszamy za rok pewni, że trzecia edycja naszego festiwalu, będzie na zasadzie ciągłego progresu wydarzeniem jeszcze wspanialszym.

Na koniec, jak to zawsze bywa, odrobinę słodyczy i goryczy.

Niestety z przykrością musimy zauważyć, że nie odbyły się warsztaty artystyczne dla dzieci, których wykonawcą miał być Marek Pyś. W tym miejscu przepraszamy wszystkie dzieci oraz rodziców, których niemała liczba przybyła na zaplanowane spotkanie. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że nawet rozdane jako rekompensata słodycze nie osłodzą zawiedzionych nadziei. Dlatego też panu Markowi dziękujemy za taką formę współpracy.

Jako fakt pozytywny, z dumą musimy zaznaczyć, że po raz pierwszy nasz Festiwal, dzięki  prężnej współpracy sponsorów i wolontariuszy zakończył się wynikiem dodatnim. Wszystkim za to z całego serca dziękujemy.



Sorry, comments for this entry are closed at this time.